lady-galadriel blog

Twój nowy blog

Piękna, mądra, wspaniała Lady Galadriel, władczyni Lothlorien umarła… Nie, nie naprawdę – umarła we mnie. Wprowadziła mnie w cudowny świat wyobraźni, zyskałam wspaniałych przyjaciół, odkryłam dzięki Niej swą pasję do pisania, do grafik, do komputerów… Ukazała mi magię i niezwykłość Śródziemia, ale… Od początku nie była moim wymysłem. Jest tworem geniuszu Mistrza Tolkiena, a ja tylko go podkolorowałam. Niektórym podobała się, niektórym nie – trudno. Szczerze mówiąc, mnie nudziła od dłuższego czasu… Nie czułam się „wolna”, byłam jakby ograniczona fabułą „Władcy Pierścieni”. Blog istnieje od powyżej dwóch lat… Na razie go nie skasuję, kto wie, może przerobię go kiedyś na krainę moich refleksji? Na razie jednak zdecydowałam się go zawiesić na czas nieokreślony. Z pewnością nie wrócę tu jako Biała Pani, Galadriel… Nie oznacza to jednak, że odchodzę z kręgu opowiadań, wciąż możecie mnie spotkać na blogu o Faelwen.
faelwen1_button.jpg
Z całego serca pragnę podziękować Wam wszystkim za to, że odwiedzaliście mnie od czasu do czasu. Byłam bardzo dumna, gdy komuś podobało się moje opowiadanie. W szczególności zaś pragnę napisać słowa podzięki dla moich kilku Gwiazd, które prowadziły mnie wśród ciemności i smutków. Tak więc dziękuję:

Mojej najdroższej Joanne/Almarei, za to, że od początku obdarzyła mnie nieziemskim wręcz ciepłem i najwspanialszą przyjaźnią. Za to, że zawsze była przy mnie, cokolwiek się działo, że krytykowała i poprawiała moje błędy… Za uśmiech, szczerość, zaufanie i za to, że jest i wytrzymuje ze mną.

Kochanemu Lothronowi, za wsparcie, wspaniałe rozmowy o wszystkim i o niczym, za Jego nieopisane poczucie humoru, którym rozbawia mnie do łez, za troskę, serdeczność i cierpliwość. Za Jego ciepłe słowa i czasami krytykę – szczególnie jeśli chodzi o patetyzm :) Bądź nadal tym najbliższym mi Lothronem… Bardzo Cię przepraszam, że nie spełniłam Twojej prośby…

Alicji za Jej niesamowitość, śmiech i serdeczność. Od samego początku czułam, że zaprzyjaźnimy się… Za to, że cierpliwie wysłuchała moich smętnych słów. I chociaż rozmawiamy bardzo rzadko, darzę Ją ogromną sympatią. Nie zmieniaj się, kochana.

Amereth, która od samego początku była dla mnie bardzo miła i wspierała mnie w kryzysowych chwilach. Pamiętam, jak razem zaczynałyśmy pisać o swoich własnych bohaterkach. Nie wiem, czy bez Niej moja Faelwen by przetrwała.

Elchin za Jej nieopisane ciepło, wspaniale i radosne rozmowy, za pomoc i serdeczność.

Dziękuję także Ronji, Altharias, Aredhel, Egleriel i Lairiel. Wam wszystkim dedykuję ostatni rozdział tej opowieści… Ostatni z ostatnich.



Valinor… Kraina marzeń i westchnień każdego z Elfów, gdzie nie ma Ciemności i wojen. Stale oświetlony ląd, jeśli nie złotymi promieniami Słońca, to srebrnym blaskiem milionów Gwiazd migoczących radośnie w górze i uśmiechających się do ich stwórczyni, Vardy. Białe wybrzeże gładzone krystaliczną wodą Ekkaia, a za nim lasy zatopione w najsoczystszej zieleni, pełne przecudownych kwiatów i niezwykłych zwierząt. I góry, Pelóri, majestatyczne i pnące się ku nieboskłonowi.
Na lądzie czekali już przedstawiciele różnych szczepów, od Noldorów i Vanyarów po Sindarów i Teleri. Wreszcie, po wielu dniach spędzonych na podróży przez wielką wodę, dobiliśmy do brzegu i po chwili już schodziłam ze statku w towarzystwie Mithrandira, Elronda i dwóch Powierników Pierścienia, Bilba i Froda. Wśród oklasków i fanfar słyszałam radosny śpiew ptaków i pełne zachwytu westchnienia swych towarzyszy. Po moich policzkach spłynęło kilka łez wzruszenia i szczęścia – nareszcie wróciłam do swego Domu, do miejsca, gdzie urodziłam się i wychowywałam jako księżniczka Noldorów. Spojrzałam daleko przed siebie i zauważyłam, że w głębi lądu jest miejsce rozpromienione niesamowitym blaskiem. To był Valimar, siedziba Valarów.
***

Wielką karetą wjechaliśmy do położonego w sąsiedztwie wzgórza Dwóch Drzew miasta Valmar, które od zawsze słynęło ze złotych bram, srebrny kopuł i licznych dzwonów. W milczeniu podziwialiśmy wspaniałą architekturę, a ja przyglądałam się wszystkiemu, czego nie widziałam za dawnych lat. Gdy kareta zatrzymała się przed schodami do Pałacu Manwego i Vardy, poczułam dziwne wręcz onieśmielenie. Niepewnie wyszłam z pojazdu przy pomocy elfa o długich, ciemno-złotych włosach. Podziękowałam mu i wtem stanęłam oniemiała. Pomyślałam: „Nie, to nie możliwe…”, a jednak była to prawda, wciąż stał przede mną, patrzył na mnie mądrymi oczyma i uśmiechał się czule.
– Ojcze…! – wykrzyknęłam z trudem i z płaczem zarzuciłam mu ręce na szyję, jak dawniej.
– Tak, to ja, moja córko… – znów słyszałam ten mądry, kojący ton głosu. – Idź do Władców, już was oczekują…
Wkroczyliśmy do wspaniałej, bogato zdobionej sali. Po prawej i po lewej ręce stali dostojnicy, książęta, piękne damy, a wśród nich wielu z moich dawnych przyjaciół. Zauważałam ich kątem oka, gdyż powoli i z szacunkiem zbliżając się do końca Sali wpatrywałam się w skąpaną w bieli Najpiękniejszą, Elbereth… Nie mogłam dokładnie przyjrzeć się rysom Jej twarzy, tak samo jak i Manwego, Władcy Zachodu. Światłość Ich otaczająca oślepiała wręcz…
Padłam na kolana i onieśmielona wbiłam wzrok w dywan rozciągający się przez całą długość sali. Nie śmiałam się nawet poruszyć, tak jak Elrond klęczący przy mnie i mali Hobbici za nami. I wtem usłyszałam najcudowniejszą melodię Świata, najczystszy głos Pani Gwiazd, łagodny i poważny zarazem…
– Swoją siłą, mądrością i miłością dokonałaś wspaniałych czynów, Altariel… Cieszymy się witając Cię ponownie w Valinorze.
Zaszczycona schyliłam jeszcze bardziej głowę, a wielkie łzy spłynęły z moich oczu… To było niczym sen, wszystko wydawało się lekko unosić ponad ziemią… Ten dzień był najszczęśliwszym w całym moim długim życiu…
***

I tak oto kończy się moja historia. Dzięki łasce Valarów, za siedzibę obrałam sobie niewielki pałac w Lesie Lorien, najpiękniejszym ze wszystkich. Czy żałuję swoich czynów? Czy żałuję przyłączenia się do buntu Feanora i wyruszenia do Śródziemia? O nie… Jestem dumna i szczęśliwa, że mogłam pomóc jego mieszkańcom. Trud, ból i niewygoda były tego warte i właśnie dzięki temu, dzięki nieustannej walce dowiodłam swojej siły, odwagi i prawości. Wędrując wśród zieleni, kwiatów i drzew nie wstydzę się swego życia.

Wreszcie znalazłam czas i siły, by napisać rozdział… Co prawda wiem, że mógłby być o wiele lepszy, ale przynajmniej jest… Kilkoro z mych przyjaciół zna moje zamierzenia, co do tego opowiadania i Oni z pewnością mnie zrozumieją.

Z myślą o wszystkich miłośnikach Mistrza Tolkiena stworzyłam forum dyskusyjne. Mam nadzieję, iż mój pomysł na coś się przyda, a także, że spodoba się przynajmniej większości z Was. Nad wyglądem będę musiała popracować, nie wiem jednak, kiedy znajdę na to czas… Tak więc zapraszam serdecznie na Forum dla miłośników J.R.R. Tolkiena.

Pożegnawszy się z Lothronem i raz jeszcze mu podziękowawszy, podążyłam ku stajniom, gdzie Antien stał cierpliwie w swej zagrodzie. Z lekkim uśmiechem podeszłam do niego i pogładziłam delikatnie jego gęstą, piękną grzywę. Rumak swymi czarnymi, błyszczącymi oczyma przyglądał mi się przez chwilę, po czym schylił lekko łeb, jakby chciał oddać mi pokłon. Spojrzałam na niego znacząco, a ponieważ był już osiodłany, złapałam za uzdę i wyprowadziłam go ze stajni.
Na dziedzińcu zaczęli zbierać się Elfowie ze świty Elronda, Celeborna, a także mojej. Mój tobół został zaniesiony do wozu, w którym były i inne pakunki, a ja wskoczyłam na Antiena i usadowiłam się wygodnie w siodle poprawiwszy wpierw suknię i płaszcz. Wyprostowałam się i objęłam spojrzeniem dziedziniec. Czułam, jak na mym obliczu maluje się wyraźny smutek, pocieszałam się jednak myślą, że wrócę jeszcze do mego królestwa.
– Nie opuszczam Lothlorien na zawsze… Wrócę tu… Wrócę i po raz ostatni dotknę stopami soczystej trawy Lasu…
Kątem oka zauważyłam, iż ktoś wstrzymał konia tuż obok mnie. Spojrzałam w bok zaciekawiona i ujrzałam serdeczny uśmiech Arwen. Jej błyszczące niczym tafla jeziora oczy śmiały się i obejmowały mnie ciepłym spojrzeniem.
– Oby twe serce zawsze radowało się tak jak dziś, moja droga – rzekłam patrząc jej z życzliwą powagą w źrenice.
Orszak stał już w pełnej swej okazałości na dziedzińcu Caras Galadhon. Skierowałam konia ku jego początkowi, gdzie czekał już na mnie Celeborn. Antien kroczył dumnie, od czasu do czasu potrząsając swym wspaniałym łbem uwieńczonym gęstą, lśniącą grzywą, gdy ja wyprostowana spoglądałam na swych przyjaciół. Wreszcie znalazłam się przy boku małżonka i ruszyliśmy.
Był to szósty dzień Laire*, kiedy majestat słońca nie był naruszony przez jakąkolwiek chmurę. Jego promienie tańczyły we włosach elfów i przeglądały się w ich błyszczących oczach. Rozmawiali ze sobą, niektórzy śmiali się radośnie, ja zaś zatopiłam się w oceanie myśli i wspomnień. Cieszyłam się, że Valarowie pozwolili mi wrócić do Ich siedziby i, przede wszystkim, że Śródziemie jest wolne od cienia i skazy. Bo czy jest coś ważniejszego od Wolności? Wolności dobra od zła? Wprawdzie to pierwsze nigdy nie byłoby cenione, gdyby nie obecność drugiego…
Osiemnaście dni po opuszczeniu Lothlorien napotkaliśmy na swej drodze synów Elronda, Elladana i Elrohira. Zwinnie zsunęłam się z siodła i wyszłam im na spotkanie z najcieplejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Bliźniacy zaśmiali się radośnie i obydwaj przytulili mnie serdecznie.
– Moi drodzy, tak wielką jest ma radość! – starałam się ze śmiechem przekrzyczeć ich.
Wróciliśmy do orszaku i gdy bracia witali się z resztą rodziny i przyjaciół ja zarządziłam, by rozbito obóz. Z uśmiechem przyglądałam się ich rozpromienionym twarzom. Tak, nie ma nic piękniejszego od cudzego uśmiechu…
Bliźniacy z entuzjazmem opowiadali mi o swych przygodach i czynach. Był wieczór, siedzieliśmy przy ognisku i słuchaliśmy z zaciekawieniem ich relacji. Zdarzało się, że ktoś z rodziny zapytał o coś lub zażartował. Jedyny Elrond był posępny… Spojrzałam nań ze zrozumieniem i zamyśliłam się. Jakie słowa znaleźć, by choć trochę załagodzić jego cierpienie? Rozstanie z córką jest dla niego niebywale ciężkie, jak zapewne byłoby dla każdego…
Zaczęto rozchodzić się do namiotów. Wymownym spojrzeniem poprosiłam Władcę Imladris, by pozostał na chwilę. Gdy zostaliśmy sami, odczekałam chwilę i ozwałam się zmartwiona:
– Elrondzie, rozumiem twój ból… – spojrzałam w jego oczy. – Wszyscy cierpimy… Pociesz się myślą, że to była jej decyzja i że będzie szczęśliwa u boku ukochanego…
Widziałam, że wszystkimi swymi siłami Elrond stara się opanować. Pojedyncza łza zalśniła w oku Półelfa, lecz zaraz zniknęła. Nie chciałam skazywać go na większe cierpienie, więc powstałam i położywszy dłoń na jego ramieniu pożegnałam się.
– Niechaj Elbereth będzie z tobą, Elrondzie…

———
*27 maja 3019 (według kalendarza Shire 1419)

Z dedykacją dla najdroższego Lothrona…
Nazajutrz zbudził mnie poranny śpiew ptaków radośnie śmigających wśród gałęzi drzew. Muzyka ta, tak słodka dla mych uszu, sprawiła, że westchnęłam cicho.
– A więc dziś nastał dzień wyjazdu do Gondoru… – pomyślałam.
Od wielu, wielu lat nie opuszczałam swego królestwa, a teraz miałam ot tak wziąć swe tobołki, wskoczyć na koń i wyjechać… Wielce wzburzyła mnie ta myśl, toteż potrząsnęłam głową i przebrawszy się w prostą białą suknię, wyszłam na balkon. Powiodłam wzrokiem wokół i spojrzałam w dół, gdzie dostrzegłam Galadhrimów przygotowujących się do podróży, a także kilku Strażników strzegących porządku. Złożyłam dłonie na balustradzie i przypatrywałam się im w zadumie. Teraz, gdy zbliżała się chwila mego powrotu z wygnania, powrotu do Valinoru, uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham Lothlorien. Przez długie lata decydowałam o jego losach, chroniłam swą mocą, a także walczyłam o pokój i bezpieczeństwo jego mieszkańców…
I wtem wydało mi się, że ktoś wpatruje się w me oblicze. Objęłam wzrokiem krzątających się w dole elfów i spojrzenie me zatrzymało się na jednym ze Strażników. Patrzył on na mnie przez chwilę, po czym trącony lekko przez kolegę spuścił wzrok i po chwili zniknął.
Zastanawiałam się, jakież nieznajomy mi Strażnik może mieć imię. Jakaż jest jego historia? Kimże jest…
Wróciłam zamyślona do komnaty i spojrzałam na swój, przygotowany już, tobołek. Znów potrząsnęłam lekko głową na nowo wzburzona i podeszłam lekkim krokiem do dużego lustra. Spojrzawszy z powagą na swe oblicze przeczesałam włosy i związałam w warkocz, by nie przeszkadzały mi podczas podróży, po czym zamyślona uniosłam tobołek i wyszłam z komnaty kierując się ku stajniom, gdzie czekał już na mnie śnieżnobiały rumak, Antien. Ten sam, na którym niegdyś poprowadziłam wojsko przeciw Orkom…
Dobrze wiedziałam, że mogłam komukolwiek rozkazać, by zaniósł me rzeczy do stajen i nikt nie miałby prawa się sprzeciwić mej woli. Nie… Nie byłabym w stanie, czy to przez miłość do poddanych, czy przez szacunek do innych, tego zrobić. Starałam się nigdy nie nadużywać swej władzy i rzadko prosiłam o cokolwiek. Zawsze byłam zadowolona z pracy podwładnych i dziękowałam im szczerym uśmiechem.
Pod swymi stopami poczułam już miękki grunt i usłyszałam spokojny szelest liści. Kojący zapach soczystej trawy unosił się po Lasach Lothlorien, a mallorny wzbijały się wysoko ku nieboskłonie.
– Opuszczę ten Las… – pomyślałam. – Opuszczę go wraz z innymi i pogrąży się on w mroku zapomnienia…
I westchnęłam ciężko poprawiając ciążący mi nieco tobołek, po czym ruszyłam przez pusty dziedziniec ku stajniom.
Kroczyłam zamyślona alejką z opuszczoną lekko głową. Nie zwracałam uwagi na śpiew ptaków, szum wiatru czy też na okrzyki z dali, gdy usłyszałam tupot szybkich kroków. Odgadłam, że nadchodzi ktoś znad przeciwka, toteż przystanąwszy uniosłam swe spojrzenie. I wtem ujrzałam jednego ze Strażników Lorien, który niemalże biegł zatopiony w myślach. Ciemne włosy opadały na jego ramiona, szare oczy zaś wpatrywały się w ziemię. Z rysów jego twarzy poznałam w nim elfa, który niedawno przyciągnął mój wzrok. Nie odezwałam się lecz postąpiłam krok w bok śledząc go wzrokiem. Już mijał mnie, gdy zobaczyłam, że kątem oka zauważył mą postać i spojrzał na mnie zaciekawiony.
Spojrzenie me skrzyżowało się z jego wzrokiem, gdy zadrżałam mimowolnie. Jego poważne i bystre oczy zatrzymały się na mej postaci, więc uśmiechnęłam się łagodnie doń i skinęłam lekko głową.
– Pani! – wykrzyknął zaskoczony elf i zmieszany przyjął pełną szacunku postawę. – Najjaśniejsza Pani, co ty tu robisz?
Znów usta me wygięły się w łagodnym uśmiechu i odparłam, że właśnie podążam ku stajniom. Strażnik kiwnął głową i spojrzawszy na tobołek zapytał: „Czy mogę to wziąć?”. Pytanie to, proste, a zarazem grzeczne, sprawiło, że znów się uśmiechnęłam. Miałam dość przesadnych uprzejmości kierowanych ku mej osobie tylko z racji tego, że jestem władczynią. Odparłam, że sobie poradzę i nie chcę, żeby wracał się przeze mnie. Elf jednak tak nalegał, że po chwili wyraziłam swą zgodę. Uradowany tym wziął z mych rąk tobół i zaprowadził ku stajniom.
Był zwykłym szarym elfem strzegącym granic Lasów Lothlorien. Nie wywodził się z żadnego wielkiego rodu i rzadko miał do czynienia z książętami. Swą naturalnością wzbudził we mnie szczerą sympatię.
Gdy byliśmy już nieopodal, zwróciłam się do niego z wdzięcznością:
– Całym sercem dziękuję Ci, Panie, za pomoc. Pozwól, że spytam o twe imię…
– Moja pani – rzekł z uśmiechem i skłonił się. – Nie masz za co dziękować. Mam na imię Lothron.
Lothron… Zdawało mi się, że kiedyś już słyszałam to imię, jednak nie byłam tego pewna. Teraz jednak zapisałam je w swym sercu i wiedziałam, że nigdy nie zapomnę osoby Lothrona…

Ten rozdział dedykuję mej wspaniałej przyjaciółce Alicji oraz Lothronowi.

Wróciłam wraz z Arwen do mego pałacu na Caras Galadhon, na naszych twarzach widniał szczery uśmiech. Gdy odprowadziłam ją do jej komnaty i pożegnałam się, skierowałam swe kroki ku bibliotece, gdzie miałam nadzieję spotkać Celeborna. Kroczyłam równo i szybko obejmując swe otoczenie ciepłym spojrzeniem.
Weszłam do biblioteki i rozejrzałam się wokół. Wielkie regały zapełnione były grubymi księgami, których okładki świadczyły o ich sędziwym wieku. Wtem ujrzałam stojącego przy oknie Władcę Lorien odzianego w szare szaty powlekane srebrną nicią i takiż królewski płaszcz, które współgrały z jego szarymi włosami. Z lekkim uśmiechem na ustach podeszłam doń, położyłam dłoń na ramieniu małżonka i zwróciłam swe spojrzenie na Lorien.
– Ściska się serce na myśl, że już niebawem opuścimy to wspaniałe miejsce, jakim jest Lothlorien… Ból zadaje to, iż te wspaniałe, majestatyczne mallorny umrą, gdy opuścisz swe królestwo…
– Choć opuszczę je, zawsze będę powracać doń myślą. Tyleż wspomnień wiąże się z Lasami Lothlorien… Jednakże, gdy pomyślę o Valinorze, o jego zapierającym dech w piersiach wybrzeżu, górach, lasach… O chwale, potędze i świetle… Goją się tędy troszkę owe rany, spowodowane rozstaniem z tymże Lasem.
Spojrzeliśmy po sobie z lekkim uśmiechem. Wiedziałam, że w głębi serca Celeborn nie chce opuszczać Śródziemia i doskonale go rozumiałam. Pewną jednak byłam, że gdy pozna Valimar zapłonie jego serce i zachwycony będzie siedzibą Valarów. Objęłam go lekko zapewniając, że spodoba mu się ona i wyszliśmy z biblioteki, by kontrolować przygotowania do wyjazdu.
Widziałam w oczach Galadhrimów, jak wielce rozpaczają ich serca przy przygotowaniach. Patrzyłam na nich ze współczuciem i pocieszałam słowami „Po koronacji Elessara powrócimy tu jeszcze”. Uśmiechali się lekko na nie i z wdzięcznością kłaniali się przede mną. Serce me było wzruszone ich przywiązaniem. Serce, które pokochało tych, których ogarnęłam swą opieką.
Podążyłam do swej komnaty, gdzie zastałam ciemnowłosą Adlanniel, która niegdyś przygotowywała komnatę Arwen. Elfka krzątała się po pomieszczeniu i pakowała kilka mych sukni przeznaczonych na koronację Aragorna, a także na inne okazje. Spojrzałąm na nią łagodnie i rzekłam:
– Moja droga, naprawdę nie musisz się trudzić.
– Ależ pani moja! – wykrzyknęła dziewczyna. – To wielki zaszczyt, że mogę składać twe suknie i, wybacz mi, pani, mą zuchwałość, ale nie wyrzeknę się go.
Zaśmiałam się melodyjnie na te słowa, gdy usłyszałam, iż za mną ktoś jeszcze się raduje. Odwróciłam swą głowę i oczom mym ukazali się zrywający boki Undomiel i Sadron. Zawtórowałam im i roześmiani zwróciliśmy oczy ku zawstydzonej i onieśmielonej Adlanniel. Wyrzekłam parę życzliwych słów ku jej osobie i zwróciłam się żartobliwie do nowoprzybyłych.
– Cóż moi szlachetni goście poczynają sobie? Czyż godnie to tak wstępować w progi bez zapowiedzi i śmiać się z poufnej rozmowy?
Tym razem wszyscy roześmiali się radośnie i wyszłam z komnaty wraz z dwójką przyjaciół pożegnawszy wpierw dumną ze swej roli elfkę. Potrzebowaliśmy kilka chwil, by uspokoić wielce rozradowane serca.
– Tak więc, moi drodzy, pozwólcie, iż zadam wam pytanie – rzekłam z uśmiechem. – Jakiż cel wasz był, iż wstąpiliście do mej komnaty?
– Och, moja najdroższa Galadriel! – odezwała się Arwen z ciepłym blaskiem w szarych oczach. – Kochana moja, pragnęliśmy cię odwiedzić i pobyć z tobą parę chwil.
Uśmiechnęłam się ciepło, a Undomiel kontynuowała swą wypowiedź.
– Zupełnie przypadkiem spotkałam się z Sadronem, o którym tak ciepło mówiłaś. Opowiedział mi o przebiegu bitwy, którą stoczyliście na skraju Lasów Lothlorien. Oczywiście, doszły mnie wieści o niej, nie znałam jednak szczegółów. Teraz, gdy mam usłyszałam już tę historię, pragnę ci powinszować i wyrazić swą dumę, że w mych żyłach płynie twa krew.
I przytuliła mnie mocno ze łzami w oczach.
Na wieczerzy Celeborn oznajmił, że w południe następnego dnia wyruszymy do Minas Tirith. Spoglądałam na twarze obecnych elfów. Niektórzy byli wielce podekscytowani, inni zaś zasmuceni nieco. Po jakimś czasie wszyscy rozeszli się ku swym komnatom.
Wróciłam do swej komnaty w towarzystwie Władcy Lorien, który także chwalił wygraną z orkami. Gdy stanęliśmy przy drzwiach, on ujął mą dłoń i złożył pocałunek na mym policzku. Pożegnałam go i życzyłam miłej nocy z łagodnym blaskiem w oczach.

Przyjaciele! Tak, jak pisałam wcześniej, poprawiłam me opowiadanie. By przeczytać nową wersję wspomnień Lady Galadriel, wejdźcie tutaj . Poprawione rozdziały oznaczyłam gwiazdką *, by można było je odróżnić. Pierwszy z nich to „Edro gûr lín”. Jeśli zechcecie wyrazić swą opinię, proszę, wyraźcie ją w komentarzach do tej notki, a nie do poprawionych. Będzie to wielki zaszczyt, móc poznać Wasze zdanie.

Pragnę całym sercem podziękować Lady Undomiel/Almarei, Lothronowi, Elvenstar, Alicji i wszystkim innym, którzy wspierali mnie i wyczekiwali mego powrotu, ale też wyrażają swoje opinie o mym drugim opowiadaniu o Lady Faelwen. Niechaj Elbereth Was nie opuści, moi mili!

Szczęśliwam wielce, iż mogę ogłosić powrót Lady Galadriel.

Moi drodzy. Nie będzie dziś kolejnego rozdziału, przepraszam. Pragnę Wam wytłumaczyć, dlaczego i jakie mam plany. Po pierwsze, w najbliższym czasie nie mam zbyt wiele czasu na pisanie, niestety. Po drugie, gdy znajdę już wolną chwilę, nie mam siły tworzyć, jestem wyczerpana przez m.in. szkołę. I po trzecie, co uważam za najważniejszy powód… Ktoś, niektórzy zapewne wiedzą, o kogo chodzi, wyraził swoją opinię na temat wątku Galadriel i Sadrona… Nie winię Go za to, przecież miał to tego prawo… Uświadomił mi, że zhańbiłam Królową Lorien… I ma rację… Przez dwa miesiące myśl ta nękała wielce me serce i teraz, gdy miałam dojść do pewnego momentu, który planowałam już bardzo długo… Stwierdziłam, iż nie potrafię dalej pisać o miłości Sadrona i Altariel… Za każdym razem, gdy próbuję pisać kolejny rozdział, stare rany znów otwierają się i krwawią na nowo… Nie mogę żyć spokojnie z tą świadomością… Toteż postanowiłam, że w czasie wakacji, albo okresie, gdy będą już wystawione oceny, poprawię moje opowiadanie… Kasować nie mam zamiaru, szkoda mi marnować opowiadanie, dzięki któremu poznałam wiele wspaniałych Istot, tak samo, jak szkoda mi bloga. Sadron będzie najdroższym przyjacielem Pani Elfów… Na razie to tyle, przekazałam Wam, co miałam… Dziękuję za wszystko Lady Undomiel, Lothronowi, Morwen, Elvenstar, Egleriel, Elchin, Amereth, Alicji5 oraz wszystkim tym, którzy mnie wspierają. Postaram się jak najszybciej poprawić opowiadanie. Pozostaje jeszcze pytanie: „Czy poprawione rozdziały dodawać tak, jakby były to nowe notki, czy może wstawić je jako stare?”. Proszę, doradźcie mi, co mam zrobić. Na Elbereth veria le

- Galadriel! Ach kochana Galadriel! – krzyknęła Arwen zeskakując z konia. – Jakże się cieszę, iż znów cię widzę!
Uśmiechnęłam się szeroko, gdy wpadła w me ramiona. Przytuliłam ją mocno, czując jak do oczu napływają mi łzy. Po chwili odsunęłam się od niej, uśmiechnęłam się promiennie i zwróciłam wzrok ku Elrondowi, który podszedł do mnie i ukłonił się. Oddałam mu pokłon z łagodnym uśmiechem. Spojrzenie Władcy Imladris było poważne, ale też życzliwe.
– Witajcie drodzy moi – powitałam ich. – Radam, iż odwiedziliście Lorien. Zapraszam was do Talanu Uczt, gdzie czeka na was posiłek.
Zwróciłam spojrzenie na Celeborna, który zmierzał w mym kierunku. Usta me wygięły się w lekkim uśmiechu, gdy stanął naprzeciw mnie i ujął mą dłoń patrząc łagodnie w oczy.
Zaprowadziłam gości do wspomnianego miejsca. Dwa długie stoły uginały się wręcz pod ciężarem rozmaitych potraw, gdzieniegdzie stały wazony pełne kwiatów. U szczytu stołu, na niewielkim podwyższeniu, stały trzy krzesła zdobione złotem. Zajęłam swe miejsce po lewej ręce Władcy Lorien, zaś po jego prawej ręce usiadł Elrond. Arwen usiadła obok mnie i uśmiechnęłyśmy się promiennie do siebie.
Elfowie posilali się przez jakiś czas. Później Galadhrimowie zaprowadzili ich do specjalnie przygotowanych namiotów. Razem z Elrondem i Arwen odczekaliśmy aż wszyscy udadzą się na spoczynek. Zapadła długa chwila milczenia, którą przerwałam powiadając łagodnie:
– Moi drodzy, jesteście na pewno zmęczeni. Proszę, udajcie się do swych komnat i spocznijcie. Czekają one na was przygotowane.
Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam po towarzyszach. Gdy skończyłam, Gwiazda Wieczorna ujęła mą dłoń i objęła mnie lekko. Wtuliłam się w elfkę i pogładziłam jej kruczoczarne, gęste włosy. Elrond skinął głową z godnością, podziękował i udał się do swej komnaty. Celeborn także wstał, pocałował delikatnie mój policzek i także odszedł. Spojrzałam na Arwen z uśmiechem. Blask w jej oczach zdradzał szczęście i radość.
– Tak się cieszę, kochana Galadriel! – wykrzyknęła i wtuliła się w me ramiona.
Uśmiechnęłam się ciepło i rzekłam: „I ja także, moja Gwiazdo”.
Rozmawiałyśmy do późna. Wreszcie powstałyśmy i udałyśmy się do swych komnat. Otworzyłam drzwi i cicho wsunęłam się do pomieszczenia, światło księżyca i gwiazd zaglądało do jego wnętrza. Podeszłam do okna i spojrzałam w górę, ku Gwieździe Earendila. Jej blask zdawał się teraz o wiele majestatyczny i jaśniejszy niż w czasie Wojny o Pierścień. Uśmiechnęłam się lekko, podeszłam i wsunęłam się do łoża i przeniosłam się w Krainę mych marzeń.
Obudziłam się wcześnie rano, gdy słońce nieśmiało wychylało się zza horyzontu. Powstałam powoli i podeszłam do okna. Promienie słoneczne oświetliły mą twarz. Uśmiechnęłam się lekko i wzrokiem przebiegłam przez horyzont. Pięknie wyglądały mallorny o wczesnym poranku. Poczułam, iż pragnę znów wędrować pomiędzy pniami drzew, wychodzić na kwieciste polany i rozkoszować się ciszą oraz zapachem świeżej trawy. Wyszłam więc z komnaty.
Strzeliste drzewa górowały nade mną, w ich liściach wiatr śpiewał cicho. Przystanęłam na chwilę i oddychałam głęboko, przymknąwszy powieki. Następnie ruszyłam przed siebie. Na mej drodze nie spotkałam nikogo, aż wreszcie dotarłam do niewielkiego strumienia. Zanurzyłam stopę w krystalicznej wodzie, była chłodna. Po plecach mych przeszedł lekki dreszcz. Nieświadomie udałam się na Cerin Amroth leżące w sercu Lasów Lothlorien. Ujrzałam tam Arwen Undomiel siedzącą na soczystej, zielonej trawie. Podeszłam do niej z uśmiechem, przywitałam się cicho i przysiadłam u jej boku.
– Wyobrażam sobie twe szczęście Arwen – rzekłam po chwili.
– Och, jakże jest wielkie. Nareszcie stanę u boku Aragorna i spojrzę w jego oczy… – westchnęła cicho elfka.
Uśmiechnęłam się lekko i nie odpowiedziałam. Cieszyłam się, że będzie szczęśliwa, z całego serca życzyłam jej tego. Ale wiedziałam także, co przeżywa Elrond. Miał zostawić swą jedyną córkę w Śródziemie, gdy on ma odpłynąć…
– Przynajmniej wie, że będzie szczęśliwa – pomyślałam. – A niepewność o szczęściu potomnej jest najgorsza…
Wiedziałam coś o tym. Nieraz niepokoiłam się o los Celebrian… Nawet nie byłam pewna czy jeszcze żyje… Gdy odpływała na Zachód tlił się jeszcze w niej płomień życia… „Ale czy ujrzę ją jeszcze? Czy spaceruje teraz po Valinorze?”… Te pytania nękały me serce bardzo często.
– Jeśli żyje – myślałam – na pewno tęskni do rodziny… A to nie jest szczęście, być daleko od niej…
Z zamyślenia wyrwał mnie łagodny głos Arwen. Wyrzekła me imię obejmując lekko ramieniem i uśmiechnęła się.
– Galadriel, to już koniec smutków… – rzekła łagodnie. – Nad czym się zamyśliłaś?
– Wspomniałam Twą matkę, a mą córkę – odparłam.
Undomiel uśmiechnęła się lekko.
– Musisz mieć nadzieję, że żyje. Niebawem się przekonasz, gdyż ją ujrzysz w Valimarze.
Westchnęłam cicho i spojrzałam przed się. Pewna byłam, że jeśli odzyskam córkę, stracę Arwen… Ona zostaje u boku Aragorna… Ale ich życie będzie pełne szczęścia i miłości.

Dnia 02.04.2005 o godzinie 21:37 zmarł najwspanialszy Człowiek tego świata, Karol Wojtyła, Jan Paweł II. Zabiły dzwony kościelne, ludzie zapłakali… Płakałam i ja, a na następny dzień chwyciłam za pióro i napisałam wiersz na cześć Papieża… Jest to mój pierwszy wiersz, nie będę jednak go oceniać… Oto on:


„Na zawsze w sercach naszych…”

Płaczcie, ach, płaczcie kościelne dzwony!
Niechaj muzyka wasza przybierze żałobne tony!
Bowiem odszedł od nas człowiek wspaniały,
Przez wiele serc wielce ukochany.
On to ludziom przyniósł nadzieję,
Od tyranii chcąc uchronić Ziemię.
On to uczył nas do innych miłości,
przypominał nam wszelkie człowieka wartości.
On to przyczynił się do Sowieckiego Imperium upadku,
Wolność Polski pozostawił nam w spadku.
Zmienił on świat i ludzkie serca
Wszczepił w nie wiele miłosierdzia…
Odszedł od nas człowiek wspaniały
O sercu wielkim, pięknym… Inne istoty takiego nie miały.
Nie rozpaczajmy jednak rzewnie,
chwalmy Jego czyny śpiewnie.
Do Raju wkroczył i stanął z Bogiem twarzą w twarz,
Spojrzał na oblicze Jego, pragnął tego Papież nasz.
Ojciec Święty w snach wyjdzie nam na spotkanie,
Na zawsze w sercach naszych pozostanie…

Napisane dnia 03.04.2005r

„To, co pragnę osiągnąć, to do czego dążę ze wszystkich sił, to zobaczyć Boga twarzą w twarz. Dla tego celu żyję, działam, istnieję”
…Teraz patrzy na oblicze Boga… Osiągnął swój cel…

Jan_Pawel_II.jpg

Od samego rana zarządzałam przygotowaniami na przyjęcie Elronda, Arwen i ich świty. Radowałam się wielce na spotkanie z nimi, toteż pragnęłam, by Lorien wyglądało dziś przepięknie. Galadhrimowie wywieszali na mallornach lampiony, w komnatach roznosiła się słodka woń elanorów i niphredilów. Skierowałam się do komnaty Arwen, w której zawsze mieszkała, gdy odwiedzała Lothlorien. Ciemnowłosa elfka stawiała właśnie piękny wazon na drewnianym stole. Usłyszała me kroki, zwróciła ku mnie swe oczy i stanęła zdumiona. Po chwili okrzyknęła:
– Ach! Pani tutaj?
– Tak, droga Adlanniel. Chciałam zobaczyć, jak przygotowano komnatę Arwen Undomiel – odparłam rozglądając się z uśmiechem. – Cudownie, bardzo się postarałaś.
Elfka ukłoniła się z szacunkiem, poprawiła kwiaty w wazonie i wyszła żegnając się ze mną. Raz jeszcze rozglądnęłam się po pomieszczeniu i wyszłam.
Radowało się serce me, gdy widziałam radosny blask w oczach Galadhrimów i uśmiech na ich pięknych twarzach. Jednakże wyczuwałam ich tęsknotę… Tęsknotę do tej cudownej, wyśnionej krainy, zwanej Valinorem. Serce me ścisnęło się na wspomnienie Valimaru. Przystanęłam i zatopiłam się w marzeniach. Znów widziałam miasto Valarów skąpane w jasnym świetle dnia i odległą zieloną krainę i… Elbereth… Najwspanialszą, Panią Gwiazd… Skąpaną w bieli… Wyciągnęła do mnie swe jasne ręce…
Nagle poczułam, że ktoś delikatnie dotyka mego ramienia. Wzdrygnęłam się zaskoczona, lecz gdy zobaczyłam Sadrona, uśmiechnęłam się szeroko.
– O czym tak rozmyślasz, moja Pani? – zapytał czule.
– Wspominałam Valinor… – odpowiedziałam po chwili.
Elf uśmiechnął się lekko, schylił głowę i podał ramię pragnąc odprowadzić mnie do komnaty. Uśmiechnęliśmy się do siebie i ruszyliśmy powolnym krokiem.
Weszliśmy do komnaty. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy ujrzeliśmy ją pięknie urządzoną w złocie i bieli.
– Zapewne Adlanniel tu była… – powiedziałam z zachwytem.
– Biała Pani o złotych włosach… Także i pokój w złocie i bieli – rzekł uśmiechając się Sadron. – Altariel, zapewne cieszysz się na przyjazd gości z Rivendell.
– I owszem, drogi Sadronie. Bardzo pragnę ujrzeć Arwen i Elronda.
Nie tylko ich pragnęłam zobaczyć. Wiedziałam bowiem, iż wraz z nimi przybędzie Celeborn, Władca Lorien.
Uszy moje wychwyciły odgłos czyjś kroków. Miałam wrażenie, a nawet byłam pewna, że ten ktoś zmierza do mej komnaty. Spojrzałam pytająco na Sadrona, który wzruszył ramionami. Podbiegłam więc do okna i spojrzałam przezeń. Słońce górowało nad Lasem Lothlorien i swymi promieniami oświetlało Śródziemie. Zwróciłam swe spojrzenie ku dziedzińcowi. Stał tam nieznany mi elf i rozglądał się niepewnie. Słuszne było moje przeczucie, gdyż usłyszałam pukanie do drzwi. Zaprosiłam przybysza i powstałam, by go przywitać. Do komnaty wszedł Strażnik i pokłonił się nisko.
– O, Biała Pani! Do Twego królestwa przybył jeździec, wysłannik Pana Elronda i poprosił, byś spodziewała się gości za godzinę.
– Dobrze, spodziewać się ich będę. Proszę, zaopiekuj się owym przybyszem i dopilnuj, aby niczego mu nie brakowało.
– Oczywiście królowo – odparł Galadhrim z ukłonem i wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi.
Po niedługiej chwili zapadła cisza. Sadron z uśmiechem rzekł.
- A więc za godzinę przybędą z dawna oczekiwani goście. – odparł.
– O tak. Musiałabym się przygotować… – rzekłam.
– Nie będę więc zawadzał ci, moja Pani. Do zobaczenia – ukłonił się uprzejmie, uśmiechnął się przyjaźnie i wyszedł z komnaty.
Otworzyłam szafę i po chwili zastanowienia wyciągnęłam ową srebrno-zieloną szatę, w której przybyłam na spotkanie z Sadronem. Przebrałam się szybko, na głowę założyłam koronę Lothlorien.
Pół godziny później wyszłam z komnaty. Natknęłam się na Sadrona śpieszącego ku mej komnacie. Spojrzałam nań pytająco, on zaś rzekł nieco zmieszany: „Pani, za niedługo przybędzie orszak Elronda. Pragnąłem Ci to przekazać. Tak na wszelki wypadek…” i uśmiechnął się. Podziękowałam mu kładąc dłoń na jego ramieniu i uśmiechając się przyjaźnie. Schylił głowę, pożegnał się i odszedł. Ja zaś, gdy zniknął, poczęłam schodzić po długich, krętych schodach, by przywitać podróżnych. Czułam, jak radość ma potęguje się z każdą chwilą.
Schodziłam tak długo, gdy wreszcie stanęłam na miękkiej trawie gdzieniegdzie usłanej złotymi liściami. Stanęłam naprzeciw bramy do Caras Galadhon, wyprostowana, majestatyczna, ale też serdeczna i przyjazna. Brama powoli zaczęła się otwierać, a oczom moim ukazał się orszak elfów, a na przedzie jechali na pięknych koniach Elronda i Arwen. Oblicze Pana Imladris, poważne i władcze, Arwen zaś wręcz promieniała szczęściem. Wzrokiem szukałam Celeborna, aż wreszcie ujrzałam go wyprostowanego i patrzącego na mnie ciepło. Uśmiechnęłam się promiennie i postąpiłam parę kroków ku przybyłym.

Długo jeszcze po Lorien roznosił się śpiew Galadrimów, śpiew czysty, melodyjny i beztroski. Ich głosy koiły wszelki ból i zmartwienie. Śpiewałam i ja, radowałam się wraz z wszystkimi. Właśnie rozmawiałam ze strażnikami Lorien, gdy Morwen chwyciła mą rękę. Spojrzałam na drogą mi hobbitkę. Była bardzo senna, patrzyła półprzytomnym wzrokiem. Przeprosiłam rozmówców i odprowadziłam Morwen do jej pokoju.
– Śpij Morwen spokojnie, bowiem nadszedł kres Ciemności! – rzekłam do niej radośnie.
– O tak… tak… – odpowiedziała cichutko i położyła się do łóżka.
Uśmiechnęłam się lekko i wysunęłam się z pomieszczenia. Wróciłam do radujących się elfów. Powitano mnie radosnym okrzykiem: „Chwała Ci, Lady Galadriel! Chwała Ci!”. Uśmiechnęłam się lekko zarumieniona i gestem dłoni poprosiłam o ciszę.
– Moi drodzy Galadrimowie! – zaczęłam. – Przez wiele lat Ludy Śródziemia walczyły przeciwko Władcy Ciemności. Czasem wszyscy zbierali się i stawali do walki pod jedną chorągwią, a zdarzało się także, że walczyli osobno. Ach! Wielu bliskich naszym sercom zginęło! Im także należy się chwała i pamięć, za ich odwagę, poświęcenie i miłość do Ardy. Pamiętajmy też o Drużynie Pierścienia! Gdyby nie Frodo… Smutny byłby wtedy nasz los… – zamilkłam na chwilę. Powiodłam poważnym wzrokiem po zebranych, po chwili jednak uśmiechnęłam się promiennie. – Jednakże Jedyny Pierścień został zniszczony! Radujcie się, kochani, i śpiewajcie na cześć wszystkich, którzy przyczynili się do klęski Saurona!
Elfowie milczeli przez krótką chwilę, patrząc na mnie z uznaniem, i zaczęli klaskać. Ukłoniłam się z uśmiechem i poczęłam się rozglądać po zebranych.
– Gdzież to jest Sadron? – pomyślałam.
Przechodziłam przez tłum elfów, wszyscy jednak rozstępowali się na mej drodze. Wciąż rozglądałam się niespokojnie.
– Pani, co Cię niepokoi? – zapytał się Haldir, który stał obok swych braci.
Właśnie otwierałam usta, by mu odpowiedzieć usłyszałam znajomy głos.
– Szlachetni elfowie z Lothlorien! Posłuchajcie proszę, mych słów!
Udałam się szybkim krokiem w stronę, z której dobiegał do mnie ten głos. Oczom moim ukazał się Sadron.
– Elfowie – powtórzył. – Prawdę mówi Biała Pani, śpiewajmy na cześć poległych i wszystkich, którzy przyczynili się do upadku Saurona! Śmiem dodać parę słów do, jakże wspaniałego, przemówienia naszej Królowej. Chwała córze Noldorów, Altariel, którą zwiemy tutaj Galadriel! Chwała Władcom, którzy poprowadzili swych poddanych naprzeciw Sauronowi! I wreszcie, chwała ich szlachetnym, litościwym sercom!
Skończywszy przemowę podszedł do mnie, klęknął przede mną i pocałował mą dłoń. Znów ktoś zabrał głos: „Ja także śmiem oddać pokłon Królowej Elfów!”. Z tłumu wyłonił się Haldir, także przyklęknął i ucałował mą dłoń z wielkim szacunkiem.
– Pani, dziękujemy Ci! Jesteś wspaniałą władczynią.
Łzy napłynęły do mych oczu. Uśmiechnęłam się lekko i wzruszona podziękowałam za te piękne słowa.
Od chwili zniszczenia Pierścienia życie w Lorien zmieniło się nieco. Mieszkańcy Złotego Lasu nie smucili się już więcej, nie raz spotykało się wesołe, beztroskie grupy rozmówców. Ich śpiew także się zmienił, nuty cierpienia zniknęły, teraz brzmienie ich głosów było pełne szczęścia. Jednak strażnicy dalej strzegli granic Lothlorien. Mogliśmy się spodziewać jakiś zbiegłych Orków.
Dziesięć dni po owej nocy, gdy świętowaliśmy upadek Ciemności, do Lothlorien przybył wysłannik z Imladris. A był nim Glorfindel. Zastał mnie siedzącą na tronie wykonanym z kamienia, zdobiony był złotem i srebrem.
– Witaj, o Pani, Królowo Elfów! – przywitał się elf.
– Witaj Glorfindelu z Rivendell. Jakież to wieści przynosisz od swego pana?
– Biała Pani, Elrond Półelf, Władca Imladris, pragnie Panią poinformować, iż jutro stawi się w Lorien wraz z jego córą, Arwen Undomiel, Gwiazdą Wieczorną, a także z orszakiem elfów z Rivendell.
Uśmiechnęłam się, bowiem spodziewałam się, że w ciągu najbliższych dni gościć będę Elronda i Arwen.
– Dziękuję Ci, szlachetny Glorfindelu. Rada jestem, iż dojechałeś do nas cały i zdrów. Za chwilę poproszę kogoś, by cię zaprowadził do jadalni, byś się pożywił, a także by przygotowany dla ciebie komnatę.
– Pani, twa łaska jest nieoceniona!


  • RSS